Kukiełka jako nastolatek obsesyjnie analizujący swój wygląd
Artykuły dla rodziców i nauczycieli

Skóra, sylwetka, linia szczęki. Kiedy dbanie o siebie staje się presją.

Nastolatek zaczyna regularnie ćwiczyć. Interesuje się zdrowym odżywianiem, sprawdza składy kosmetyków, ogląda materiały o pielęgnacji i chce po prostu lepiej wyglądać. Na pierwszy rzut oka trudno znaleźć na tej liście coś, co powinno zaniepokoić rodzica. W końcu ruch, świadome odżywianie czy dbanie o skórę to rzeczy, do których sami często zachęcamy młodych ludzi.

A jednak właśnie dlatego współczesna presja wyglądu może być tak trudna do zauważenia. Rodzica prawdopodobnie zaniepokoi nastolatka, która nagle zaczyna intensywnie się odchudzać, odmawia jedzenia i ciągle mówi o swojej wadze. Znacznie mniej podejrzanie brzmią „pilnuję diety”, „pracuję nad sobą” albo „chcę wykorzystać swój potencjał”. W internetowych treściach dotyczących wyglądu coraz częściej pojawia się język zdrowia, dyscypliny i samodoskonalenia. Zmienił się również sam ideał. Celem może być umięśniona sylwetka, niski poziom tkanki tłuszczowej, idealnie gładka skóra, gęste włosy czy wyraźnie zarysowana szczęka. Wygląd rozpada się w ten sposób na kolejne cele, a po osiągnięciu jednego zawsze można znaleźć następny.

Nie tylko dziewczyny

Presja dotycząca wyglądu przez lata kojarzyła się przede wszystkim z dziewczętami i kobietami. To z nimi najczęściej łączono nierealistyczne standardy piękna, ciągłe odchudzanie czy niezadowolenie z własnego ciała. Także rodzice nadal patrzą na problemy z obrazem ciała przede wszystkim przez pryzmat wagi. Pokazuje to ogólnokrajowe amerykańskie badanie, w którym 1653 rodziców pytano o ich obawy dotyczące wyglądu własnych dzieci oraz o to, jak postrzegają ich stosunek do własnego ciała. To właśnie drastyczna utrata wagi była najczęściej wskazywanym przez rodziców powodem do niepokoju.

Tymczasem u chłopców presja może działać w nieco innym kierunku. Celem nie musi być coraz mniejsze ciało, ale coraz bardziej umięśnione: szerokie ramiona, widoczne mięśnie i jednocześnie niski poziom tkanki tłuszczowej. Do tego dochodzą wzrost, włosy, skóra czy wyraźnie zarysowana szczęka. Zmienia się również język. Zamiast odchudzania pojawia się „redukcja”, zamiast kontrolowania jedzenia „pilnowanie makro”, a dążenie do określonego wyglądu może być przedstawiane jako dyscyplina, samodoskonalenie i maksymalizowanie swojego potencjału.

W efekcie zachowania związane z silną presją wyglądu mogą z zewnątrz przypominać zdrowy styl życia. Intensywne treningi syna łatwo uznać za sportową pasję, restrykcyjną dietę za dbanie o zdrowie, a rosnące zainteresowanie pielęgnacją, fryzurą czy kształtem twarzy za zwyczajne dorastanie. Żadna z tych rzeczy sama w sobie nie jest powodem do niepokoju. Jednak co dzieje się, kiedy planu nie uda się zrealizować?

Ciało idealne

Badania nad obrazem ciała u chłopców od lat pokazują charakterystyczny rozdźwięk. Część chce być szczuplejsza, ale jednocześnie duża grupa chciałaby przybrać na wadze lub zbudować większą sylwetkę. Ideałem staje się ciało trudne do osiągnięcia na dwa sposoby jednocześnie: duże i umięśnione, ale przy tym bardzo szczupłe, z niewielką ilością tkanki tłuszczowej.

Dążenie do takiej sylwetki może prowadzić do zachowań, których nie kojarzymy z problemami dotyczącymi postrzegania samego siebie. W jednym z badań 488 australijskich chłopców w wieku 13–16 lat 12,7 proc. deklarowało stosowanie suplementów na budowę mięśni w ciągu poprzednich trzech miesięcy. Ich używanie było związane między innymi z silniejszym przyjęciem umięśnionego ideału męskiego ciała.

Pogoń za idealną sylwetką nie musi więc oznaczać jedzenia coraz mniej. Może oznaczać liczenie białka, budowanie masy, redukowanie tkanki tłuszczowej, coraz intensywniejsze treningi i szukanie sposobów na szybsze osiągnięcie efektów. Dlatego presję wyglądu u chłopców tak łatwo pomylić z ambicją sportową.

Sygnałem nie musi być zresztą sam trening czy dieta, ale to, co dzieje się, gdy plan zostaje zaburzony. Opuszczona siłownia wywołuje silne poczucie winy, spontaniczna pizza staje się źródłem stresu, a niewielka niedoskonałość potrafi zepsuć cały dzień. To samo zachowanie, które wcześniej dawało przyjemność lub poczucie sprawczości, zaczyna coraz mocniej kontrolować codzienne życie.

Zawsze można wyglądać lepiej

Dodatkowym problemem jest to, że lista rzeczy, które można w sobie „ulepszyć”, stale rośnie. Internet potrafi zwrócić uwagę na elementy wyglądu, których wcześniej nawet nie postrzegaliśmy jako coś wymagającego poprawy.

W mediach społecznościowych popularność zdobywają określenia opisujące zupełnie naturalne cechy ciała. „Strawberry legs” to charakterystyczne ciemniejsze punkty widoczne czasami na skórze nóg, „hip dips” opisują naturalne wgłębienia po bokach bioder, a „tech neck” może odnosić się do poziomych linii na szyi. Chwytliwa nazwa pozwala łatwo wyszukać setki filmów na dany temat, ale może też sprawić, że coś, na co wcześniej nie zwracaliśmy uwagi, zaczyna wyglądać jak kolejna niedoskonałość wymagająca poprawy.

A kiedy problem ma już nazwę, niemal natychmiast można znaleźć jego rozwiązanie. Film pokazujący „strawberry legs” prowadzi do porad dotyczących pielęgnacji, „glass skin” do wieloetapowych rutyn i kolejnych kosmetyków, a niezadowolenie z sylwetki do planów treningowych, diet, suplementów i metamorfoz. Treści dotyczące wyglądu mogą być jednocześnie poradą, rozrywką i reklamą.

Dla młodej osoby oznacza to ciągłe przesuwanie granicy tego, co uważa za wystarczająco dobre. Zdrowa skóra może przestać wystarczać, kiedy ideałem staje się skóra pozbawiona najmniejszej niedoskonałości. Wysportowana sylwetka może wydawać się przeciętna obok ciał oglądanych codziennie w mediach społecznościowych. A po poprawieniu jednej cechy zawsze można znaleźć następną.

W świecie ciągłych porównań

Znaczenie ma również to, z kim młodzi ludzie porównują swój wygląd. Nie są to już wyłącznie aktorzy, modelki czy celebryci funkcjonujący w pozornie odległym świecie. Influencer może mieć kilkanaście lat, nagrywać we własnym pokoju i opowiadać o problemach z cerą. Łatwiej wtedy pomyśleć: skoro ktoś podobny do mnie może tak wyglądać, dlaczego ja nie mogę?

Badania pokazują, że właśnie porównywanie może mieć szczególne znaczenie. Meta-analiza obejmująca 83 badania i ponad 55 tysięcy osób wykazała, że częstsze porównywanie własnego wyglądu z innymi w mediach społecznościowych wiązało się z większym niezadowoleniem z ciała, gorszym jego obrazem i częstszymi objawami zaburzeń odżywiania.

Nie chodzi przy tym wyłącznie o liczbę godzin spędzonych przed ekranem. W eksperymencie opublikowanym w 2026 roku 282 młodych mężczyzn losowo przydzielono do oglądania na TikToku treści fitnessowych, materiałów dotyczących suplementów albo neutralnych filmów podróżniczych. Po obejrzeniu idealizowanych materiałów związanych z fitnessem i suplementacją uczestnicy byli mniej zadowoleni ze swojego sposobu odżywiania i deklarowali większą chęć stosowania kreatyny niż osoby oglądające materiały podróżnicze.

Znaczenie może mieć więc nie tylko to, ile czasu nastolatek spędza w mediach społecznościowych, ale również to, czym wypełniony jest jego feed. Jeśli dominują w nim umięśnione sylwetki, metamorfozy, diety i kolejne sposoby poprawiania wyglądu, właśnie one mogą stawać się codziennym punktem odniesienia.

Nastolatki zawsze przejmowały się swoim wyglądem i porównywały z innymi. Dziś robią to jednak w zupełnie innych warunkach. Codziennie oglądają setki twarzy i sylwetek, a Internet dostarcza im coraz dokładniejszych sposobów na analizowanie własnego wyglądu. Do tego niemal każda jego cecha może stać się osobnym problemem do rozwiązania.

To nie jest magiczne rozwiązanie

Ograniczenie dostępu do telefonu może mieć bardzo praktyczne zalety. Dziecko, które nie dostaje co kilka minut powiadomienia, ma po prostu mniej okazji do oderwania uwagi od lekcji. Przerwa bez TikToka czy komunikatora może natomiast stać się rzeczywistą przerwą oraz okazją do rozmowy, ruchu albo zwyczajnej nudy, która też jest potrzebna dla mózgu dzieci.

Jednocześnie szkoła jest jednym z miejsc, w których młody człowiek powinien nauczyć się funkcjonowania w cyfrowym świecie. UNESCO, mimo wskazywania na korzyści wynikające z ograniczania smartfonów podczas nauki, zwraca uwagę właśnie na ten problem: zakazy nie mogą zastąpić edukacji cyfrowej.

Dziecko po zakończeniu ósmej klasy nadal będzie miało w kieszeni Internet, media społecznościowe, komunikatory, algorytmy rekomendacyjne i generatywną sztuczną inteligencję. Sam fakt, że przez kilka godzin dziennie nie mogło z nich korzystać, nie nauczy go rozpoznawania manipulacji, ochrony prywatności, weryfikowania informacji ani świadomego zarządzania własną uwagą.

Zakaz to dopiero początek

Szkolny zakaz może stworzyć dzieciom kilka godzin bez ciągłych powiadomień, scrollowania i zerkania na ekran. Może ułatwić skupienie na lekcji i sprawić, że podczas przerwy telefon przestanie konkurować o uwagę z kolegami z klasy. Nowe przepisy mogą więc być dobrym początkiem, jeśli potraktujemy je jako stworzenie zdrowszej szkolnej przestrzeni, a nie rozwiązanie całego problemu cyfrowego dzieciństwa.

Po ostatnim dzwonku smartfon wraca do ręki, a wraz z nim media społecznościowe, algorytmy rekomendacyjne, reklamy, komunikatory i ogromna ilość treści, nad którymi szkoła nie ma już żadnej kontroli. Dlatego równie ważne jak ustalenie, kiedy dziecko nie może korzystać z telefonu, jest nauczenie go, jak korzystać z niego wtedy, kiedy może.

Dzieciom potrzebna jest edukacja dotycząca higieny cyfrowej, prywatności, bezpieczeństwa i mechanizmów działania platform. Niezbędne są również narzędzia chroniące najmłodszych przed treściami niedostosowanymi do ich wieku. Najważniejsze w tej kwestii jest zaangażowanie dorosłych, nauczycieli i rodziców, którzy sami muszą rozumieć środowisko, w którym dzieci spędzają kilka godzin każdego dnia.